|
Piszę w tutejszym esperanto o tym, co do mnie dociera z zewnątrz i od wewnątrz, a że żyję w tym miejscu - Europie Środkowej - to mi tu czasem i straszno i smieszno...
Tu możecie mi nawrzucać: stredoevropan@wp.pl
niedziela, 21 listopada 2010
Konstanty Ildefons Gałczyński ZIMA Z WYPISÓW SZKOLNYCH Któż to tak śnieżkiem prószy z niebiosów? Dyć oczywiście pan wojewoda; módl się, dziecino, z całą krainą — niech Bóg mu siły doda; śnieżku naprószył, śnieżek poruszył dobry pan wojewoda. A któż na szybach maluje kwiaty, czy mróz, czy mróz, dziecino? Nie, to rączuchną dla siebie, żabuchno, starosta ze starościną; srebrzyste prążki, listki, gałązki dla ciebie, dziwna dziecino. A któż te śliczne zawiesił sople za oknem u okapu? Czy może także mróz niedobry swą fantastyczną łapą? Nie, moje złoto, to referenci, podkierownicy, nadasystenci nocą nie spali, hurra! wołali, sople poprzyklejali. Hej, tam w Warszawie jest pan minister siwy i taki miły, przez okno rzuca spojrzenia bystre, bo chce, by dla ciebie były zimą sopelki, śniegi i lody: wszystkie zimowe wygody. Jeżeli tedy sanki usłyszysz i dzwonki ich tajemnicze, wiedz: to minister w skupionej ciszy nacisnął taki guziczek, że gwiazdki dzwonią i gwiazdki lśnią nad miastem i nad wsią. 1936 za: Gałczyński K. I. Siódme niebo, Wyd. "Czytelnik", Warszawa 1973
piątek, 02 lipca 2010
Mieszcząca się w suterenie firma produkująca szyldy reklamowe. Zza uchylonych drzwi wydobywa się zapach lakierów, rozpuszczalników i klejów. Pracownicy i pracownice jeśli stamtąd wychodzą, to tylko na papierosa.
czwartek, 03 września 2009
Oszczędzę Wam tu opisów preludium poprzedzającego właściwą likwidację gliwickich tramwajów - „jedynki“ i „czwórki“. Jeśli uważnie wczytacie się w materiały pieczołowicie zgromadzone przez Obywatelski Komitet Obrony Tramwajów i Promocji Komunikacji Miejskiej w Gliwicach, to wiele spraw stanie się dla Was oczywiste. Tam też możecie znaleźć odsyłacze do relacji z uroczystości tymczasowego pożegnania tramwaju, gdyż wierzymy, że wkrótce po referendum o odwołanie arogancko traktujących mieszkańców i miasto władz, w którym by było ważne powinno wziąć udział 33 tysiące Gliwiczan uprawnionych do głosowania, powróci on do ruchu. To przecięcie ważnego ciągu komunikacyjnego między Gliwicami, a choćby tylko Zabrzem, to jest działanie wbrew interesom zarówno pasażerów jak i przewoźnika, bo ludzie jadący choćby z Zabrza zmuszeni są do przesiadania się przy granicznej zajezdni w Gliwicach we "frankobus", który, wbrew szumnym zapowiedziom, w praktyce nie jest skomunikowany z "banom". Na efekty nie trza będzie długo czekać - pasażerowie, by nie tracić czasu i nie marznąć w tym "centrum przesiadkowym" zaczną wybierać bezpośrednie autobusy, np. "6" czy "617" i wtedy tramwaj w Zabrzu oraz Rudzie Śląskiej stanie pod znakiem zapytania. Stanie się to, co przerobili Amerykanie w wielu miastach ok. 50-60 lat temu, czyli zamiana tramwajów na autobusy, a potem "przesiadka" na indywidualne samochody i taksówki oraz likwidacja transportu zbiorowego "bo się nie opłaca". Żeby było śmieszniej linia ta w trakcie swego funkcjonowania przetrwała administrację pruską, I wojnę światową, międzywojenny podział Górnego Śląska, a co za tym idzie samej linii, II wojnę światową zakończoną „wyzwoleniem“, stalinizm, PRL, solidarnościowe „zadymy“, stan wojenny, odzyskanie suwerenności w 1989 i związane z tym przemiany ekonomiczne. Czyżby miała zatem nie przetrzymać megalomańskiego i autokratycznego „naczalstwa“ wycierającego sobie na każdym kroku usta frazesami o sukcesach w zarządzaniu miastem i demokracji oraz o zawistnych wrogach rzucających mu kłody pod nogi?
sobota, 01 sierpnia 2009
Przeczytałem ten artykuł: "Bunt w Gdyni" i "zagotowało się" we mnie.
czwartek, 02 lipca 2009
Rzeszów, "New York Pizza"
Odtworzony z niebytu "zaginiony" tekst podróżniczy W połowie czerwca ubiegłego roku pojechaliśmy z szefem i kolegą na konferencję do Rzeszowa. Jej pierwszy dzień przebiegał tak statycznie, że aż męcząco. Dopiero po zakończeniu przerwy obiadowej, czyli po 15:00, na naszym stoisku ruch ożywił się na tyle, że zamiast "wciągać“ podstępnie każdą osobę, która przechodziła koło naszych stolików osobną przemową, zaczęliśmy konfekcjonować nasze materiały w zaimprowizowane "książeczki" i "taśmowo" wręczać je wszystkim chętnym. Widząc wcześniej marny ruch zaplanowaliśmy „wycofanie się na z góry upatrzone pozycje“ o 16:00 i mimo zmiany koniunktury plan ten zrealizowaliśmy.
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Co z tego, że na co dzień chcą się w przysłowiowej łyżce wody nawzajem utopić. Nagle, przynajmniej dwa razy do roku, zaczynają udawać, że wszysko, co rozgrywa się między nimi, jest w należytym porządku, a codzienne, krwawe wojny są jakimś wymysłem wrażej propagandy wytrwale spiskującej, by naruszyć nieskazitelny obraz Świętej Rodziny i Narodu wytrwale kroczących ku świetlanej przyszłości pod auspicjami jedynie słusznej religii rzymskokatolickiej. Podkreślają to sprzątaniem mieszkań „na wysoki połysk“ przypominającym generalny remont, robieniem zakupów w stylu „postaw się, a zastaw się“, sporządzaniem posiłków w ilościach hurtowych i ogólnym terrorem w myśl zasady, że „wszystko ma być idealne, choćbyśmy od tych przygotowań trupem paść mieli, bo co o nas ludzie powiedzą?...“. Potem nadchodzi tradycyjna apokalipsa – zjeżdżają się i schodzą do domów „dobrowolnie“ zamykając się w nich w róznych konfiguracjach, niczym we więzieniach. Siadają pospołu uwięzieni w kajdanach tradycji z trudem udając, że w ogóle mają sobie nawzajem coś do powiedzenia, tak podczas składania obłudnych („Wszystkiego...“ „Najlepszego...“) życzeń jak i podczas innych rozmów opartych na braku zainteresowania poglądami rozmówcy, powstrzymując odruchy wymiotne na widok współuczestników tej przymusowej „stypy“. Zapychają „na zapas“ wyposzczone niedawno żołądki, pożerając kolejne stosy jaj, wędlin i mdłych od lukru, przesłodzonych bab, popijając je haustami alkoholu. Ten ostatní chyba tylko po to, by utrzymać choćby iluzję czystości swych pobieżnie wypranych sumień podczas niedawnej akcji ich dezynfekcji, dezynsekcji i deratyzacji zwanej nie wiedzieć czemu „spowiedzią“. W ich obrazie świata każda myśl o choćby najdrobniejszym odstępstwie od tego stanu rzeczy napawa tak bezbrzeżnym przerażeniem, że starają się uciec od niego w jeszcze większe wzmacnianie tych działań. Tylko nieliczni obiecują sobie po przeżyciu kolejnej takiej katastrofy, „że to już ostatní raz tak się zaharowują, a i tak nikt tego nie docenia, więc w przyszłym roku nie będą tacy głupi“. To trochę podobnie jak osoby uzaleznione często bezskutecznie postanawiają zerwać z nałogiem. Potem jednak kapitulują i bezrefleksyjnie wskakują w kolejną edycję tego kieratu. „Trzeba nauczyć się dźwigać swój krzyż.“ - powtarzają - „Od tego nikt nie ucieknie...“ „Wszak tradycja to rzecz święta...“
niedziela, 15 lipca 2007
Niedawno znajomy powiedział mi o Marszu Zombies, który wiosną przeszedł przez m. in. Melbuorne i Warszawę. Gdy zobaczyłem relację z imprezy warszawskiej jakaś niepokojąca myśl zaczęła krążyć mi po głowie. Ten pochód ludzi ucharakteryzowanych na zwłoki w początkowym stanie rozkładu, nomen omen, żywcem jakby przeniesionych z horrorów i poruszających się powoli, jak "nie z tego świata", tylko w pierwszych chwilach wydał mi się czymś rozrywkowym, absurdalnym czy perwersyjnym. Po dłuższym zastanowieniu odebrałem to jako bunt przeciwko lansowanym przez media wzorcom kulturowym bycia aktywnym, tryskającym energią i realizującym 300% normy "planów pięcioletnich" w globalnym "wyścigu szczurów". Zwłaszcza, że po takim codziennym, kilkunastogodzinnym budowaniu kapitalizmu i "własnego szczęścia" czeka na nas "zasuwanie" jak robot wieloczynnościowy w pozostałych sferach życia, które stają się polami rywalizacji z innymi oraz nieustannego udowadniania własnej doskonałości i atrakcyjności, np. poprzez podkreślanie swych możliwości nabywczych, "bywania" w tzw. "odpowiednim towarzystwie" czy mediach. I to wszystko szybko, szybko, szybko, zachłannie, dużo, jak najwięcej, więcej niż można ogarnąć wyobraźnią! Choćby się zadławić, byle mieć i brylować "na salonach" (bo z postawą "być" to "bywanie" nie ma nic wspólnego). "Kto nie maszeruje (raczej gna na oślep) ten ginie!". Do tego należ też odpowiednio wyglądać - zawsze pięknie, młodo i ponętnie. Po co? By być wciąż atrakcyjnym zarówno na rynku erotyczno-matrymonialnym jak i rynku pracy. Nieprzypadkowo piszę tu o rynkach, gdyż omawiany przeze mnie wzorzec kulturowy niesie wraz ze sobą traktowanie wszystkich sfer życia w kategoriach transakcji kupna-sprzedaży i wzajemnego przedmiotowego traktowania się przez biologicznie żywe istoty jakimi (ponoć jeszcze) są ludzie. I to traktowanie całości życia jako kariery.
czwartek, 23 listopada 2006
Wyłaniam się z nieczynnej kopalni, w której przeczekuję okresy szczególnie trudne w mym życiu i co widzę!?
Ano - v Polsko "mali bracia" & spółka wytrwale spółkują, by począć mą konkurentkę w kategorii "paskudy środkowoeuropejskie" czyli IV RP. Widząc to Orwell zapewne przewraca się w grobie permanentnie, co sprawia, że bardziej przypomina wał korbowy pracujący na wysokich obrotach niźli nieboszczyka. Jeśli ktoś w ogóle zada sobie trud przeczytania tego wpisu, to mam pytania: "Jak myślicie? Kto jest w tym cyrku odpowiednikiem Stalina/Hitlera, kto gra rolę Dzierżyńskiego/Berii/Himmlera? Kto jest parodią Goebbelsa, a kto karykaturą Lenina czy Trockiego? Kto zaś stosuje doktrynę radzieckiego prokuratora z przełomu lat 30-tych i 40-tych Andrieja Wyszyńskiego brzmiącą: "Nie ma ludzi niewinnych - dajcie nam tylko człowieka, a paragraf zawsze się znajdzie"?". Nagród, niestety, nie funduję, gdyż nie jestem jakimś tam "idiotele" czy innym "r.m.off. fuck off - najlepsze bąki na pierdzenie". Zatem, Szanowny Czytelniku, nagrodami niech będą dla Ciebie satysfakcja z Twego samodzielnego (jeszcze) myślenia i faktu, że skoro wciąż można pisać takie "obrazoburczości", to znaczy, że jeszcze nie jesteśmy całkiem pogrążeni w odmętach moherowego kaczoryzmu-pisuaryzmu.
środa, 13 września 2006
Ten tytuł to od utworu Lou Reeda z płyty "Transformer", bodajże z 1972 roku. Bo takiż był dla mnie ten dzień. Zwiedzaliśmy z przyjaciółką południową część miasta, czyli patrząc od strony ściśle rozumianego centrum (Spodek, Rynek, Dw. PKP) "za torami". Wędrówkę zaczęliśmy od skrzyżowania ulic Żwirki i Wigury z Kilińskiego. Wpierw poszliśmy w dół, w stronę Kopernika i mini-parku, by siedząc na ławce wymyślić gdzie właściwie mielibyśmy ochotę spędzić ten czas. Uzgodniliśmy, że pójdziemy do Parku Kościuszki, gdzie jest m. in. zabytkowy kościółek św. Michała i wieża spadochronowa. Zanim wyruszyliśmy, przyjaciólka pokazała mi swój świeżo "upieczony" paszport, który odebrała z odnośnego wydziału Urzędu Miejskiego na Żwirki i Wigury. Okazało się, że na czarno-białej fotografii wygląda zupełnie jak Indianka.
środa, 06 września 2006
Kontynuując wątek z poprzednich wpisów w tym odwróceniu ról jest coś makabreskowego - kiedyś ludzie byli zabijani cyklonem B, teraz zjadają żywność której skutkiem ubocznym jest ich powolne zabijanie. Może jej producenci nie planują tego, jakby mogło wynikać to z mego opisu, lecz tak to poniekąd działa. Do nas dotarło to kilkanaście lat temu, natomiast ludzie z tej ponoć wolnej, demokratycznej i szczęśliwszej części świata są poddawani takim eksperymentom biochemicznym znacznie dłużej, co ponoć zaowocowało tym, że umierający obecnie 70-cio czy 80-ciolatkowie w USA nie potrzebują chłodni, gdyż ich ciała są wystarczająco "zabalsamowane" spożytymi w ciągu życia konserwantami. Nie mogę potwierdzić wiarygodności tej informacji, lecz i tak brzmi to dla mnie dość makabrycznie. Co nie zmienia faktu, że jako człek niezasobny materialnie czasem coś tam kupuję, choć wiem że w ten sposób dokładam swe "trzy grosze" do podtrzymywania tego systemu. Skojarzenia, skojarzenia, skojarzenia... Pod koniec lat 70-tych zespół DEAD KENNEDYS z San Francisco na swym debiutanckim albumie "Fresh Fruits For Rotting Vegetables" umieścił m. in. utwór "Chemical Warfare" o tym jak współczesne państwo prowadzi wojnę chemiczną ze swymi obywatelami. Choć odnosi się to przede wszystkim do skażenia środowiska przez przemysł, to niestety, nadal jest aktualne. Mamy okazję obserwować w przyspieszonym tempie te procesy, które w innych społeczeństwach zachodziły wolniej. Tutaj w Europie Środkowej czuję tę kolonialną chciwość inwestorów, którzy traktując nas jako rynek zbytu i źródło taniej siły roboczej przenoszą produkcję oraz podrzucają takie "kukułcze jaja" jak niedawny statek z odpadami chemicznymi, którego nasze władze jakimś cudem (?) jednak nie wpuściły. A ludzie i tak aż chcą się nawzajem pozabijać w walce o te plazmowe telewizory i kuchenki mikrofalowe, bo dali sobie wmówić, że bez tego nie da się żyć, a przynajmniej jak się tego nie ma to jest się kimś gorszym od sąsiada. Żenada... MEDIA MARKT - Nie dla idiotów... tylko dla kretynów.
wtorek, 05 września 2006
Tak mnie naszło z tym porównywaniem placówek handlowych do łagrów, lecz już co najmniej od kilku lat takie ujęcie tematu jakoś mi się samo nasuwa. Np. jeszcze w 2000 roku produkty sygnowane marką "TESCO" miały szatę graficzą kojarzącą mi się z "pasiakami" więźniów obozu w Auschwitz. Wyglądało to tak strasznie, że aż śmiesznie - jasnogranatowo-białe paseczki pokrywające prawie całe opakowania i numery serii oraz terminy przydatności spożycia niczym wytatuowane numery obozowe. Gdy postawiłem na półce lodówki kilka takich "okazów" wyglądały jak więźniowie na piętrach pryczy w obozowym bloku. Nie wierzycie? Niestety, nie mam fotografii takich np. jogurtów "oświęcimiaczków". Jednak po jakimś czasie to wzornictwo zostało zmienione, choć nie do końca - paski pozostały w szczątkowej formie. Kiedyś patrzyłem na to jako na groteskowe odwrócenie ról - do łagrów i kacetów zamykano przemocą, a współcześnie klienci hipermarketów sami tam pędzą na złamanie karku by robić zakupy. cdn
czwartek, 31 sierpnia 2006
Od ubiegłego poniedziałku "chodzi" za mną taki oto dowcip: "Słuchacz - Drogie Radio Erewań, czy to prawda, że w ciągu ostatnich lat coś w Rosji jednak zmieniło się na lepsze? RE- Tak, drodzy słuchacze - przedtem od razu zamykali, a teraz wpierw otwierają." Przyszło mi to do głowy po przeczytaniu ogłoszenia o pracę w "Gazecie Wyborczej" do której poszukują m. in. dyrektorów ds. otwarć - 4 stanowiska zlokalizowane w europejskiej części Rosji, podstawowe obowiązki obejmują całość zadań związanych z otwieraniem nowo powstających placówek o powierzchni od 4000 do 10000 m2 w powierzonych lokalizacjach. cdn |
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi oblíbené
Szablony
|