Piszę w tutejszym esperanto o tym co do mnie dociera z zewnątrz i od wewnątrz, a że żyję w tym miejscu - Europie Środkowej - to mi tu czasem i straszno i smieszno ...
Tu możecie mi nawrzucać: stredoevropan@gazeta.pl
czwartek, 03 września 2009
Oszczędzę Wam tu opisów preludium poprzedzającego właściwą likwidację gliwickich tramwajów - „jedynki“ i „czwórki“. Jeśli uważnie wczytacie się w materiały pieczołowicie zgromadzone przez Obywatelski Komitet Obrony Tramwajów i Promocji Komunikacji Miejskiej w Gliwicach, to wiele spraw stanie się dla Was oczywiste. Tam też możecie znaleźć odsyłacze do relacji z uroczystości tymczasowego pożegnania tramwaju, gdyż wierzymy, że wkrótce po referendum o odwołanie arogancko traktujących mieszkańców i miasto władz, w którym by było ważne powinno wziąć udział 33 tysiące Gliwiczan uprawnionych do głosowania, powróci on do ruchu.
Ograniczę się tylko do przypomnienia o tym, że trudno podejrzewać, by prezydent Frankiewicz i jego „świta“ korzystali z komunikacji miejskiej. Wszak jeżdżą służbowymi samochodami, więc takie widzą świata koło, jakie zza ich szyb tępymi zakreślą oczy. Sprzyja to współuczestniczeniu przez nich w niszczeniu infrastruktury transportowej miasta, gdyż paradoksalnie prezydent zasiada w zarządzie Komunikacyjnego Związku Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego będącego organizatorem komunikacji miejskiej w regionie zlecającym przewoźnikom, czyli m. in. Tramwajom Śląskim S. A. wykonywanie usług transportowych. Ponadto Gliwice jako miasto posiadają pakiet akcji TŚ SA. Zatem „naczalnik“ jako prezydent Gliwic jedną ręką napisał wniosek o likwidację tramwajów w mieście poparty przez rajców, zaś jako członek zarządu KZK GOP przekonawszy do swej decyzji pozostałych współzarządców komunikacji w regionie drugą go podpisał. Myślę, że nie było to trudne skoro przewodniczący Zarządu - Roman Urbańczyk - 25.6.2009 podczas targów Silesia Komunikacja zorganizowanych w Sosnowcu po prezentacji gości z Ostrawy oraz koncernu Alstom, obejmujących m. in. tematykę tramwajów dwusystemowych, w swym wystąpieniu „zabłysnął“ nie tylko wszechstronną wiedzą w dziedzinie zarządzania w zrównoważony sposób transportem zbiorowym, lecz i wyjątkowym taktem, gdy powiedział co wiedział, czyli „(...)w głowach się tym Niemcom od nawału pieniędzy poprzewracało, że takie coś budują(...)” [cyt. za http://inforail.pl/blog.php?id=465], co zostało uwiecznione przez obecnych tam przedstawicieli mediów.
Szczęściem w nieszczęściu w tej sytuacji jest pobudzenie obywatelskiej aktywności pośród mieszkańców Gliwic, którzy rozsierdzeni arogancją prezydenta i sowietników (archaizm ze staropolszczyzny oznaczający „rajców“ czyli „radnych“) zebrali wymaganą ilość podpisów pod projektem referendum w sprawie odwołania tych destruktorów miasta działających za publiczne pieniądze. Likwidacja tramwajów była tylko kroplą przepełniajacą czarę goryczy, napełnioną dotychczas takimi faktami jak: tolerowanie, wręcz promowanie przez „wierchuszkę“ magistratu, tranzytu TIR-ów przez centrum miasta ulicami Strzody i Wyszyńskiego w poprzek Zwycięstwa, a tym samym linii tramwajowej, co daje Frankiewiczowi i przybocznym argumenty przeciw obecności tramwaju w mieście ze względu na fatalny stan torowiska wyglądajacego na tym skrzyżowaniu jakby czołgi po nim jeździły; pomysł przeprowadzenia Drogowej Trasy Średnicowej mającej być obwodnicą miasta przez jego ścisłe zabytkowe centrum (linia tramwajowa tylko przeszkadzałaby w jej przebiegu); dążenie do przekształcenia miasta w przybudówkę do centrów handlowych stawianych w pospiesznym tempie na miejscu wyburzanych zabytków architektury poprzemysłowej (huta „Gliwice“) i zasilanych strumieniami klientów nadjeżdżających po DTŚ samochodami z całej aglomeracji śląsko-zagłębiowskiej i nie tylko; masowa, niczym nieuzasadniona wycinka drzew; faworyzowanie zewnętrznych inwestorów kosztem tłamszenia lokalnych przedsiębiorców. W sumie zarzutów było dziesięć, lecz te które wymieniłem wystarczą.
Te linie tramwajowe pojawiły się w mej świadomości dopiero pięć lat temu, gdy rozpocząwszy pracę w Gliwicach zacząłem, wpierw nieregularnie, zaś potem coraz częściej, z nich korzystać, na prawie całej trasie do pętli w Rudzie Śląskiej Chebziu. Sprzyjało temu zaskakujące mnie odkrycie, że pojazd pozornie wolniejszy od autobusu, dzięki uprzywilejowaniu w ruchu i przebiegu niektórych odcinków trasy, np. jazda po wiadukcie zamiast "przepychania się" na Chorzowskiej, wygrywał z nim w ostatecznym rozrachunku. Niejednokrotnie „przepędzała“ mnie do tramwaju perspektywa tkwienia w autobusie uwięzionym w korku i wdychania spalin niczym w samochodowej komorze gazowej jak np. w tych używanych przez Niemców do zabijania więźniów w obozie zagłady w Chełmnie nad Nerem. Gdy na trasę gliwickich tramwajów wprowadzono zmodernizowane wagony dla pasażerów wzrósł komfort jazdy (wyściełane siedzenia, więcej przestrzeni), a z ekonomicznego i ekologicznego punktu widzenia wzrosła ich oszczędność oraz przyjazność dla środowiska [zmieniono układ napędowy dzięki czemu silnik pracuje ciszej, wyłącza się podczas postojów, a energię wytwarzaną podczas hamowania jest przetwarza na elektryczną i zwracana do sieci trakcyjnej(!) - prostym językiem rzecz ujmując]. To był dobry krok do kontynuacji, jednak zamiast zakupu niskopodłogowego taboru, np. znacznie tańszego od znanego z linii „6“ i „16“ konstalowskiego 116Nd/Citadisa zwanego „Karlikiem“, wozu Protram 205 WrAs z Wrocławia i wyremontowania torowiska, wbrew ekspertyzom fachowców z dziedziny zrównowazonego transportu i potrzebom użytkowników – mieszkańców nie tylko Gliwic, lecz także Zabrza, Rudy Śląskiej oraz dzięki skomunikowaniu na pętli w Chebziu, Świętochłowic czy Chorzowa, „niszczyciele“ arbitralnie zdecydowali o likwidacji tramwaju i co za tym idzie wyrwaniu sporego, ok. dwustutysięcznego miasta należącego do aglomeracji z integralnego systemu komunikacyjnego. Kto wie, może ich następnym krokiem będzie obudowanie miasta murem, pardon, „wałem ochronnym“, z posterunkami granicznymi na rogatkach jak np. niegdyś w Berlinie Zachodnim? Wszak jednym z koronnych argumentów Prezydenta było ciągłe podkreślanie odmienności Gliwic i niemożności porównywania ich pod względem infrastruktury komunikacyjnej z jakimkolwiek innym miastem... Taaak, Panie Prezydencie, Gliwice są wyspą...
To przecięcie ważnego ciągu komunikacyjnego między Gliwicami, a choćby tylko Zabrzem, to jest działanie wbrew interesom zarówno pasażerów jak i przewoźnika, bo ludzie jadący choćby z Zabrza zmuszeni są do przesiadania się przy granicznej zajezdni w Gliwicach we "frankobus", który, wbrew szumnym zapowiedziom, w praktyce nie jest skomunikowany z "banom". Na efekty nie trza będzie długo czekać - pasażerowie, by nie tracić czasu i nie marznąć w tym "centrum przesiadkowym" zaczną wybierać bezpośrednie autobusy, np. "6" czy "617" i wtedy tramwaj w Zabrzu oraz Rudzie Śląskiej stanie pod znakiem zapytania. Stanie się to, co przerobili Amerykanie w wielu miastach ok. 50-60 lat temu, czyli zamiana tramwajów na autobusy, a potem "przesiadka" na indywidualne samochody i taksówki oraz likwidacja transportu zbiorowego "bo się nie opłaca".
Żeby było śmieszniej linia ta w trakcie swego funkcjonowania przetrwała administrację pruską, I wojnę światową, międzywojenny podział Górnego Śląska, a co za tym idzie samej linii, II wojnę światową zakończoną „wyzwoleniem“, stalinizm, PRL, solidarnościowe „zadymy“, stan wojenny, odzyskanie suwerenności w 1989 i związane z tym przemiany ekonomiczne. Czyżby miała zatem nie przetrzymać megalomańskiego i autokratycznego „naczalstwa“ wycierającego sobie na każdym kroku usta frazesami o sukcesach w zarządzaniu miastem i demokracji oraz o zawistnych wrogach rzucających mu kłody pod nogi?
Bardzo dziękuję zespołowi Semaforce z Warszawy, czyli DJ-om: Strontowi i Wilczynowi Warszycowi za poparcie naszej akcji i udostępnienie utworu „Ostatni tramwaj“.
sobota, 01 sierpnia 2009
Przeczytałem ten artykuł: "Bunt w Gdyni" i "zagotowało się" we mnie. Oto me przemyślenia "na gorąco".
W londyńskim City czas jakiś temu wprowadzono wysokie opłaty nawet nie tyle za parkowanie, co za sam wjazd doń, rzecz jasna oferując parkingi na obrzeżach centrum połączone z tzw. centrami przesiadkowymi, gdzie kierowcy mogą przesiadać się na dostępne za przystępną cenę środki komunikacji miejskiej takie jak metro, kolejka podmiejska czy wypożyczany za żeton lub symboliczną opłatę rower. Dzięki temu w ciągu krótkiego czasu liczba aut w centrum spadła o ok. 60%, co pozwoliło rozładować korki oraz zmniejszyć towarzyszący im hałas i zanieczyszczenie powietrza (sławetny londyński "smog"). Jednocześnie okazało się, że dla pracowników zlokalizowanych tam wielkich korporacji dojeżdżanie do pracy metrem, kolejką podmiejską czy sławetnym piętrowym autobusem nie stanowi ujmy na honorze. Kosztem takiego kompromisu mają zapewnioną jakość życia w niezdegradowanym dodatkowo środowisku miejskim.
A u nas? Bo nie tylko Gdynię mam na myśli, lecz wszystkie polskie aglomeracje i jednostki administracyjne aż po miasta co najmniej średniej wielkości. Otóż zarówno niektórzy przedsiębiorcy jak i indywidualni użytkownicy dróg częstokroć zachowują się jak bohaterowie dowcipów o obnoszących się swym bogactwem "nowych Ruskich" (a wcześniej o radzieckich "kacykach" partyjnych), jeżdżących co najmniej pięcioma samochodami - w pierwszym właściciel, w drugim jego aktówka, w trzecim portfel, w czwartym laptop, a w piątym komórka. Potem pomstują, że nie ma gdzie tej flotylli zaparkować, a jak już się uda to trzeba za to płacić, że piesi na chodnikach przeszkadzają, bo nie wiadomo po co chcą po nich chodzić zabierając cenne miejsca parkingowe, zamiast jeździć samochodami jak na normalnych ludzi przystało. No i ci ekoterroryści protestują przeciwko zostawianiu aut na trawnikach, bo "gupie" skwerki dla niezmotoryzowanych są dla nich ważniejsze od potrzeb przedsiębiorców, czyli przewodniej siły kapitalizmu.
A w ogóle to te pazerne magistraty zamiast łupić klasę panującą z ciężko zarobionych pieniędzy powinny zlikwidować podatki i jeszcze płacić jej przedstawicielom za sam fakt, że łaskawie zaszczycają swą obecnością miasta...
czwartek, 02 lipca 2009
Rzeszów, "New York Pizza" k/ dw. PKP 13.6.2008 18:35 - 19:50
Odtworzony z niebytu "zaginiony" tekst podróżniczy
W połowie czerwca ubiegłego roku pojechaliśmy z szefem i kolegą na konferencję do Rzeszowa. Jej pierwszy dzień przebiegał tak statycznie, że aż męcząco. Dopiero po zakończeniu przerwy obiadowej, czyli po 15:00, na naszym stoisku ruch ożywił się na tyle, że zamiast "wciągać“ podstępnie każdą osobę, która przechodziła koło naszych stolików osobną przemową, zaczęliśmy konfekcjonować nasze materiały w zaimprowizowane "książeczki" i "taśmowo" wręczać je wszystkim chętnym. Widząc wcześniej marny ruch zaplanowaliśmy „wycofanie się na z góry upatrzone pozycje“ o 16:00 i mimo zmiany koniunktury plan ten zrealizowaliśmy.
Porządkując obraz sytuacji - kolega i szef poszli do hotelu odsypiać (być może pogodę lub co innego...), a ja, też senny bezsennością podróżniczego niepokoju, wyrwałem się z zamkniętego świata podróży samochodem, hotelu i miejsca konferencji. Choć nie całkiem udało mi się wszystko urealnić. O ile świat samej konferencji, wystawców, jej organizatorów i uczestników wydał mi się tym razem bardziej rzeczywisty, niż zazwyczaj, o tyle miasto odbieram wraz z ludźmi i miejscami je tworzącymi jako coś zbyt realne, aby było tylko fantazją, lecz zarazem zbyt fantastyczne jak na realność. Rozrzucona chaotycznie zabudowa, w wielu miejscach kompletnie nieprzystająca do siebie, np: kilka galerii handlowych wrzuconych "jak z kosmosu" niczym bakalie w "ciasto miejskie". Są relatywnie małe i nie tylko mym zdaniem szpecą krajobraz miejski ograniczając ponadto przestrzeń publiczną (że o destrukcyjnym wpływie na relacje między ludźmi i ich styl życia nie wspomnę). Czy wiecie, że w sytuacji gdy jeszcze trwają debaty nad doprecyzowaniem metropolitalności aglomeracji śląsko-dąbrowskiej, tu od kilku lat miasto należy do jakiegoś europejskiego stowarzyszenia czy związku metropolii. To tak, jakby 170-tysięczny Rzeszów za wszelką cenę pragnął wykazać się swą wielkomiejskością, "metropolitalnością", wręcz światowością, pojmowaną wedle zaściankowych wyobrażeń, że nie ważne co, ani jak, za to ważne by było kolorowe i błyszczało, jak przystało na „świecidełka“ oraz bombardowało wzrok i słuch, a czasem też węch, nieustanną kanonadą bodźców. Tylko, że te sklepy, lokale gastronomiczne czy towary i usługi w nich oferowane za bardzo kojarzą mi się z przysłowiowymi „perkalem i paciorkami“ przywożonymi przez białych kolonizatorów mieszkańcom Afryki czy Azji. Jednak prócz wymienionych przeze mnie "negatywów" jest tu wiele zachowanych we w miarę dobrym stanie zabytków, np. socrealistycznych. Naprzeciwko gmachu poczty głównej jest nawet jakiś typowo modernistyczny budynek, jakby zaprojektował go Karol Schayer czy Tadeusz Michejda. Wprawdzie sporo elementów jego moderny zniszczono, a sama fasada jest upstrzona szyldami reklamowymi, niczym ptasimi odchodami, lecz resztki dawnej świetności przezierają gdzieniegdzie spod spodu. Zresztą może coś będzie na fotografiach, które mu wykonałem?
Teraz kontynuuję tę nierealność-surrealność siedząc w niby pizzerii sprzedającej ... pierogi. Przed oczyma mrugają mi pobliskie automaty do gier, a na zewnątrz pada słaby deszcz poprzez rozproszone światło. Naraz skojarzyło mi się to z jakąś środkowoeuropejską wersją kultury cyberpunkowej w takim siermiężnym wydaniu - ludzie jak androidy, deszcz, automaty do gier, okulary przeciwsłoneczne, które usiłuję kupić na straganie przed dworcem, moja niby przeciwdeszczowa kurtka. To wszystko jest takie "niby" i "prawie", gdyż Harrison Ford w "Łowcy androidów" chodził w skórzanej kurtce i okularach "lustrzanych", deszcz był ciągły i ulewny, mrok wręcz gęsty, a "mrugały" liczne neony na ulicach ... metropolii, a nie jakiegoś Rzeszowa.
 Wprawdzie wczoraj o zmierzchu i zmroku zrobiłem kilkadziesiąt fotografii z piątego piętra balkonu na hotelowym korytarzu i niektóre (te z księżycem) kojarzyły mi się z twórczością Chagalla i Schulza, jednak wczoraj była to baśniowa fantazyjność, a dziś spotykam ledwie nie-pospolitą realność.
Tak bardzo chciałem tu przyjechać, a teraz "wydziwiam". To nie jest rozczarowanie, to nie odkrycie czegoś innego niż pragnąłem, bo tak mam często, to... me zaproszenie Ciebie Szanowna(-y) Czytelniczko(-u) do dyskusji o "byciu-(nie)-sobą-w-miastach-miejscach" opartej na dyskursie antropologicznym/etnologicznym i każdym innym wzbogacającym ten nasz ewntualny dialog. Co Ty na to? Czy zechcesz czasem podzielić się swymi wrażeniami i przemyśleniami z podróżowania i odkrywania miejsc? Jeśli tak, to będę Ci wielce wdzięczny i zobowiązany.
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Co z tego, że na co dzień chcą się w przysłowiowej łyżce wody nawzajem utopić. Nagle, przynajmniej dwa razy do roku, zaczynają udawać, że wszysko, co rozgrywa się między nimi, jest w należytym porządku, a codzienne, krwawe wojny są jakimś wymysłem wrażej propagandy wytrwale spiskującej, by naruszyć nieskazitelny obraz Świętej Rodziny i Narodu wytrwale kroczących ku świetlanej przyszłości pod auspicjami jedynie słusznej religii rzymskokatolickiej.
Podkreślają to sprzątaniem mieszkań „na wysoki połysk“ przypominającym generalny remont, robieniem zakupów w stylu „postaw się, a zastaw się“, sporządzaniem posiłków w ilościach hurtowych i ogólnym terrorem w myśl zasady, że „wszystko ma być idealne, choćbyśmy od tych przygotowań trupem paść mieli, bo co o nas ludzie powiedzą?...“. Potem nadchodzi tradycyjna apokalipsa – zjeżdżają się i schodzą do domów „dobrowolnie“ zamykając się w nich w róznych konfiguracjach, niczym we więzieniach.
Siadają pospołu uwięzieni w kajdanach tradycji z trudem udając, że w ogóle mają sobie nawzajem coś do powiedzenia, tak podczas składania obłudnych („Wszystkiego...“ „Najlepszego...“) życzeń jak i podczas innych rozmów opartych na braku zainteresowania poglądami rozmówcy, powstrzymując odruchy wymiotne na widok współuczestników tej przymusowej „stypy“. Zapychają „na zapas“ wyposzczone niedawno żołądki, pożerając kolejne stosy jaj, wędlin i mdłych od lukru, przesłodzonych bab, popijając je haustami alkoholu. Ten ostatní chyba tylko po to, by utrzymać choćby iluzję czystości swych pobieżnie wypranych sumień podczas niedawnej akcji ich dezynfekcji, dezynsekcji i deratyzacji zwanej nie wiedzieć czemu „spowiedzią“.
W ich obrazie świata każda myśl o choćby najdrobniejszym odstępstwie od tego stanu rzeczy napawa tak bezbrzeżnym przerażeniem, że starają się uciec od niego w jeszcze większe wzmacnianie tych działań. Tylko nieliczni obiecują sobie po przeżyciu kolejnej takiej katastrofy, „że to już ostatní raz tak się zaharowują, a i tak nikt tego nie docenia, więc w przyszłym roku nie będą tacy głupi“. To trochę podobnie jak osoby uzaleznione często bezskutecznie postanawiają zerwać z nałogiem. Potem jednak kapitulują i bezrefleksyjnie wskakują w kolejną edycję tego kieratu. „Trzeba nauczyć się dźwigać swój krzyż.“ - powtarzają - „Od tego nikt nie ucieknie...“ „Wszak tradycja to rzecz święta...“

niedziela, 15 lipca 2007
Niedawno znajomy powiedział mi o Marszu Zombies, który wiosną przeszedł przez m. in. Melbuorne i Warszawę. Gdy zobaczyłem relację z imprezy warszawskiej jakaś niepokojąca myśl zaczęła krążyć mi po głowie. Ten pochód ludzi ucharakteryzowanych na zwłoki w początkowym stanie rozkładu, nomen omen, żywcem jakby przeniesionych z horrorów i poruszających się powoli, jak "nie z tego świata", tylko w pierwszych chwilach wydał mi się czymś rozrywkowym, absurdalnym czy perwersyjnym. Po dłuższym zastanowieniu odebrałem to jako bunt przeciwko lansowanym przez media wzorcom kulturowym bycia aktywnym, tryskającym energią i realizującym 300% normy "planów pięcioletnich" w globalnym "wyścigu szczurów". Zwłaszcza, że po takim codziennym, kilkunastogodzinnym budowaniu kapitalizmu i "własnego szczęścia" czeka na nas "zasuwanie" jak robot wieloczynnościowy w pozostałych sferach życia, które stają się polami rywalizacji z innymi oraz nieustannego udowadniania własnej doskonałości i atrakcyjności, np. poprzez podkreślanie swych możliwości nabywczych, "bywania" w tzw. "odpowiednim towarzystwie" czy mediach. I to wszystko szybko, szybko, szybko, zachłannie, dużo, jak najwięcej, więcej niż można ogarnąć wyobraźnią! Choćby się zadławić, byle mieć i brylować "na salonach" (bo z postawą "być" to "bywanie" nie ma nic wspólnego). "Kto nie maszeruje (raczej gna na oślep) ten ginie!". Do tego należ też odpowiednio wyglądać - zawsze pięknie, młodo i ponętnie. Po co? By być wciąż atrakcyjnym zarówno na rynku erotyczno-matrymonialnym jak i rynku pracy. Nieprzypadkowo piszę tu o rynkach, gdyż omawiany przeze mnie wzorzec kulturowy niesie wraz ze sobą traktowanie wszystkich sfer życia w kategoriach transakcji kupna-sprzedaży i wzajemnego przedmiotowego traktowania się przez biologicznie żywe istoty jakimi (ponoć jeszcze) są ludzie. I to traktowanie całości życia jako kariery.
Oczywiście życie podporządkowane takim priorytetom i przebiegające w zawrotnym tempie ma swe koszta. Nie sposób działać wbrew ograniczeniom organizmu, więc w pogoni za suckesem niektórzy gotowi są zrujnować swe ciało i duszę byle tylko "zabłysnąć", zatem sięgają po środki wspomagające. Pominę kawę czy herbatę, bo to używki zaakceptowane kulturowo, mimo że również szkodliwe. Do wyboru są szeroko reklamowane, zalegalizowane, więc dostępnebez recepty w aptekach (i nie tylko) środki wspomagające pamięć, koncentrację uwagi, ułatwiające zasypianie i "odstresowanie". Są też ich wersje "tylko na receptę", jak choćby leki przeciwdepresyjne podobne w składzie i działaniu do słynnego niegdyś Prozacu używane przez przedstawicieli klasy średniej do wzmacniania ich ducha entuzjazmu w walce z konkurencją.
Środki tzw. nielegalne (np. amfetamina, czy kokaina) stosowane są zgodnie z pseudosportowo-dopingową zasadą, że kto ich nie bierze ten raczej odpada z gry, lecz jeśli zostanie przyłapany to tylko on ponosi konsekwencje, bo przecież oficjalnie nikt nie kazał mu tego robić (o dwoistości naszej kultury napiszę później). Przypominam sobie dowcip o tym jak pewien przedsiębiorca zapytany dlaczego wspomaga się tym świństwem odpowiedział, że po to by więcej pracować. Dociekliwy rozmówca spytał go zatem po co tyle pracuje, na co bohater odparł, że aby było go stać na to świństwo. Dla mnie jest to straszliwe, tym bardziej, że obserwując styl życia wielu współczesnych ludzi, niekoniecznie żyjących w pogoni za pieniądzem dostrzegam to w wariancie zmodernizowanym - rano środki podudzające, wieczorem nasenne. I tak bez refleksji co dnia. Tak na marginesie - Adolf Hitler był chyba nieświadomym prekursorem takiego stylu życia, gdy w ciągu swych ostatnich miesięcy w bunkrze pod Kancelarią Rzeszy każdy dzień rozpoczynał od porcji amfetaminy, a kończył go przyjmując zastrzyk metadonu (czyli odmiany heroiny). Wszak współćzesna zglobalizowana kultura oparta na ponadpaństwowych korporacjach jest też formacją totalitarną, lecz działającą "w białych rękawiczkach".
czwartek, 23 listopada 2006
Wyłaniam się z nieczynnej kopalni, w której przeczekuję okresy szczególnie trudne w mym życiu i co widzę!?
Ano - v Polsko "mali bracia" & spółka wytrwale spółkują, by począć mą konkurentkę w kategorii "paskudy środkowoeuropejskie" czyli IV RP. Widząc to Orwell zapewne przewraca się w grobie permanentnie, co sprawia, że bardziej przypomina wał korbowy pracujący na wysokich obrotach niźli nieboszczyka. Jeśli ktoś w ogóle zada sobie trud przeczytania tego wpisu, to mam pytania: "Jak myślicie? Kto jest w tym cyrku odpowiednikiem Stalina/Hitlera, kto gra rolę Dzierżyńskiego/Berii/Himmlera? Kto jest parodią Goebbelsa, a kto karykaturą Lenina czy Trockiego? Kto zaś stosuje doktrynę radzieckiego prokuratora z przełomu lat 30-tych i 40-tych Andrieja Wyszyńskiego brzmiącą: "Nie ma ludzi niewinnych - dajcie nam tylko człowieka, a paragraf zawsze się znajdzie"?". Nagród, niestety, nie funduję, gdyż nie jestem jakimś tam "idiotele" czy innym "r.m.off. fuck off - najlepsze bąki na pierdzenie". Zatem, Szanowny Czytelniku, nagrodami niech będą dla Ciebie satysfakcja z Twego samodzielnego (jeszcze) myślenia i faktu, że skoro wciąż można pisać takie "obrazoburczości", to znaczy, że jeszcze nie jesteśmy całkiem pogrążeni w odmętach moherowego kaczoryzmu-pisuaryzmu.
środa, 13 września 2006
Ten tytuł to od utworu Lou Reeda z płyty "Transformer", bodajże z 1972 roku. Bo takiż był dla mnie ten dzień. Zwiedzaliśmy z przyjaciółką południową część miasta, czyli patrząc od strony ściśle rozumianego centrum (Spodek, Rynek, Dw. PKP) "za torami". Wędrówkę zaczęliśmy od skrzyżowania ulic Żwirki i Wigury z Kilińskiego. Wpierw poszliśmy w dół, w stronę Kopernika i mini-parku, by siedząc na ławce wymyślić gdzie właściwie mielibyśmy ochotę spędzić ten czas. Uzgodniliśmy, że pójdziemy do Parku Kościuszki, gdzie jest m. in. zabytkowy kościółek św. Michała i wieża spadochronowa. Zanim wyruszyliśmy, przyjaciólka pokazała mi swój świeżo "upieczony" paszport, który odebrała z odnośnego wydziału Urzędu Miejskiego na Żwirki i Wigury. Okazało się, że na czarno-białej fotografii wygląda zupełnie jak Indianka. Drogę docelową rozpoczęliśmy od wstąpienia do kościoła garnizonowego p. w. św. Kazimierza, gdzie w bocznej kaplicy odbywają się nabożeństwa w obrządku greckokatolickim. Szkoda, że był zamknięty, choć na szczęście tylko kratą, więc mogliśmy zerknąć do wnętrza. do cdn
środa, 06 września 2006
Kontynuując wątek z poprzednich wpisów w tym odwróceniu ról jest coś makabreskowego - kiedyś ludzie byli zabijani cyklonem B, teraz zjadają żywność której skutkiem ubocznym jest ich powolne zabijanie. Może jej producenci nie planują tego, jakby mogło wynikać to z mego opisu, lecz tak to poniekąd działa. Do nas dotarło to kilkanaście lat temu, natomiast ludzie z tej ponoć wolnej, demokratycznej i szczęśliwszej części świata są poddawani takim eksperymentom biochemicznym znacznie dłużej, co ponoć zaowocowało tym, że umierający obecnie 70-cio czy 80-ciolatkowie w USA nie potrzebują chłodni, gdyż ich ciała są wystarczająco "zabalsamowane" spożytymi w ciągu życia konserwantami. Nie mogę potwierdzić wiarygodności tej informacji, lecz i tak brzmi to dla mnie dość makabrycznie. Co nie zmienia faktu, że jako człek niezasobny materialnie czasem coś tam kupuję, choć wiem że w ten sposób dokładam swe "trzy grosze" do podtrzymywania tego systemu.
Skojarzenia, skojarzenia, skojarzenia... Pod koniec lat 70-tych zespół DEAD KENNEDYS z San Francisco na swym debiutanckim albumie "Fresh Fruits For Rotting Vegetables" umieścił m. in. utwór "Chemical Warfare" o tym jak współczesne państwo prowadzi wojnę chemiczną ze swymi obywatelami. Choć odnosi się to przede wszystkim do skażenia środowiska przez przemysł, to niestety, nadal jest aktualne. Mamy okazję obserwować w przyspieszonym tempie te procesy, które w innych społeczeństwach zachodziły wolniej. Tutaj w Europie Środkowej czuję tę kolonialną chciwość inwestorów, którzy traktując nas jako rynek zbytu i źródło taniej siły roboczej przenoszą produkcję oraz podrzucają takie "kukułcze jaja" jak niedawny statek z odpadami chemicznymi, którego nasze władze jakimś cudem (?) jednak nie wpuściły. A ludzie i tak aż chcą się nawzajem pozabijać w walce o te plazmowe telewizory i kuchenki mikrofalowe, bo dali sobie wmówić, że bez tego nie da się żyć, a przynajmniej jak się tego nie ma to jest się kimś gorszym od sąsiada. Żenada... MEDIA MARKT - Nie dla idiotów... tylko dla kretynów.
wtorek, 05 września 2006
Tak mnie naszło z tym porównywaniem placówek handlowych do łagrów, lecz już co najmniej od kilku lat takie ujęcie tematu jakoś mi się samo nasuwa. Np. jeszcze w 2000 roku produkty sygnowane marką "TESCO" miały szatę graficzą kojarzącą mi się z "pasiakami" więźniów obozu w Auschwitz. Wyglądało to tak strasznie, że aż śmiesznie - jasnogranatowo-białe paseczki pokrywające prawie całe opakowania i numery serii oraz terminy przydatności spożycia niczym wytatuowane numery obozowe. Gdy postawiłem na półce lodówki kilka takich "okazów" wyglądały jak więźniowie na piętrach pryczy w obozowym bloku. Nie wierzycie? Niestety, nie mam fotografii takich np. jogurtów "oświęcimiaczków". Jednak po jakimś czasie to wzornictwo zostało zmienione, choć nie do końca - paski pozostały w szczątkowej formie. Kiedyś patrzyłem na to jako na groteskowe odwrócenie ról - do łagrów i kacetów zamykano przemocą, a współcześnie klienci hipermarketów sami tam pędzą na złamanie karku by robić zakupy. cdn
czwartek, 31 sierpnia 2006
Od ubiegłego poniedziałku "chodzi" za mną taki oto dowcip: "Słuchacz - Drogie Radio Erewań, czy to prawda, że w ciągu ostatnich lat coś w Rosji jednak zmieniło się na lepsze? RE- Tak, drodzy słuchacze - przedtem od razu zamykali, a teraz wpierw otwierają." Przyszło mi to do głowy po przeczytaniu ogłoszenia o pracę w "Gazecie Wyborczej" do której poszukują m. in. dyrektorów ds. otwarć - 4 stanowiska zlokalizowane w europejskiej części Rosji, podstawowe obowiązki obejmują całość zadań związanych z otwieraniem nowo powstających placówek o powierzchni od 4000 do 10000 m2 w powierzonych lokalizacjach. cdn
|
|